Moje doświadczenia, czyli na co zabuliłam niepotrzebnie, a na czym zaoszczędziłam – Brawo ja 🙂

Mój synek kilka miesięcy temu skończył rok, więc mogę już zupełnie na spokojnie zrobić rachunek sumienia na co wydałam pieniądze w szale przed jego narodzinami, co zupełnie, ale to zupełnie mi się nie przydało i tylko straciłam kasę. Oczywiście możliwe, że zaraz pojawią się głosy innych mam, że im akurat te rzeczy się przydały, ale każdy ma trochę inne przyzwyczajenia, co innego jest dla niego wygodne, u Was może być inaczej. Jedno jest pewne, też pewnie kupicie za dużo:) Poniżej zrobiłam jeszcze drugie zestawienie: rzeczy, które nie kupiłam i z perspektywy czasu , to był dobry wybór.

Co kupiłam a  mogłam śmiało obyć się bez tego obyć. Wydałam na to prawie 700zł;/

1. Spory zapas ubranek w rozmiarze 62 + niedopasowane porą roku (100zł)

Wiadomo każdy w szale zakupów kupuje piękne małe ubranka:) Chwila i stały się za małe. Niektóre w ogóle nie zdążył założyć. Kilka ubranek kupiłam z krótkim rękawkiem (body, rampery) – i jakoś w ciąży, kupując je latem zupełnie tego zakupu nie przemyślałam, bo synem urodził się w środku zimy i zawsze w pierwszej kolejności wyciągałam mu z szafki ubranka z długim rękawem (nawet pod spód) i tak z tych z krótkim prawie nie skorzystał.

2. Nowiutki kombinezon zimowy rozmiar 62 (90zł)

Wydałam na niego w promocji 90zł i byłam bardzo niezadowolona. Po pierwsze straszna drożyzna jak na ubranko na góra kwartał, a po drugie zamówiłam go przez internet i to był duży błąd. Okazało się, że rozmiar 62 był tak duży jak co najmniej 74 i mieliśmy olbrzymi problem jak włożyć w ten kombinezon malucha w szpitalu, któremu nogi nie sięgają w nogawki?! Kiedy jego nogi sięgały w nogawki był już czas na zakup wiosennej kurteczki….

Miałam też wersję otulacza z polarku (dostałam od znajomych), ale z tym też był problem bo łobuz się z tego odkopywał na spacerach.

3. Karuzela nad łóżko (40zł)

Takie kolorowe karuzele wiszą nad każdym łóżeczkiem w sklepie, w reklamach TV, wszędzie. Uznałam, że muszę to kupić. No i cóż, kompletna lipa. Jak się urodził, było to za daleko i za mało kontrastowe żeby leżąc w łóżeczku to go kręciło. Mi osobiście strasznie to przeszkadzało i na początku zupełnie to zdjęliśmy. Jak miał już kilka miesięcy ponownie to powiesiłam, ale efekt był tylko taki, że próbował zdjąć pluszowego krecika z karuzeli i poza tym zupełnie go nie interesowało, a ja kilkakrotnie walnęłam się o ten haczyk. Poza tym generalnie produkt bez szału, pozytywka się zacinała i też uważam to za zbędny wydatek. Leży teraz w szafie.

4. Rożek (20zł)

Kupiłam, na te pierwsze miesiące, żeby małego w nim nosić. Ostatecznie nie czułam się komfortowo i pewnie z rożkiem, dużo wygodniejszy był dla mnie kocyk i do dziś korzystam z kocyków.

5. Flanelowe pieluchy (10zł)

Przydają się- nie mogę powiedzieć, że nie. Ale w zupełności wystarczyłyby mi 2. Ja kupiłam 5 i przeleżały w szafce. Zdecydowanie bardziej wolę tetrę i przyznam, że właściwie tetra + kocyki mi w zupełności by starczyły.

6. Śliniaki na rzep (20zł)

W porządkowych miesiącach karmienia pierwszymi papkami były OK, ale szybko mały łobuziak, który nie lubi nic pod szyją nauczył się je sobie zrywać. Teraz sprawdzają się tylko te na mocne napy lub wiązane.

7. Papcie, buciki (60zł)

Na moment kiedy zaczął chodzić kupiłam mu kilka par różnego typu bucików, bamboszków, papuci – akceptuje tylko buty na dwór i podszyte skarpetki. Wszystkie inne zdejmuje w kilka sekund. Bardziej jest skłonny włożyć je do paszczy niż na stopę 🙂

8. Skarpetki z grzechotkami (20zł)

Mojego synka denerwują i przeszkadzają mu. Jedyna jego radość z takich skarpetek to próba odgryzienia doszytego pluszaka.

9. Podgrzewacz do butelek/słoiczków (40zł)

Na samym początku byłam z niego bardzo zadowolona, ale szybko uznałam, że to niepotrzebny wydatek. Ten, który ja kupiłam działał na zasadzie ogrzania wody, która to ogrzewała butelkę/ słoiczek na zasadzie konkretnej czasówki. Więc gdy chciałam podgrzać obiadek, który miał ponad 100g i nie był ciekły, trwało to bardzo długo i czasówka zupełnie nie odzwierciedlała potrzebnego czasu. Gdy podgrzewałam większą ilość mleka też nie można było liczyć na czasówkę. W praktyce mimo, że podgrzewacz miał powodować bezobsługowość zawsze trzeba było czujnie sprawdzać na oko temperaturę produktu. A jeśli ktoś nie zauważył, że zgasła dioda ( a nie było sygnału dźwiękowego) była duża szansa przegrzania mleka i później trzeba to było szybko schładzać. Być może jakieś droższe modele działają lepiej. Ja żałuje, że kupiłam taki.

10. Przewijak (40zł)

Na samym początku był bardzo pomocny, żeby odciążyć kręgosłup. Kładłam go na łóżeczku żeby przewijać normalnie na stojąco. Ale zważywszy na to, że przewijak ma najczęściej 70cm, dziecko szybko rośnie i szybko staje się też tak ruchliwe, że przewijanie na łóżeczku staje się niebezpieczne – musiałam przenieść się na łóżko i tak jak teraz myślę, to spokojnie mogłam od początku tak przewijać.

11. Chodzik – pchacz (150zł)

Miało być wsparcie w pierwszych samodzielnych krokach. A w praktyce odrobinę się pobawił zabawkami z chodzika i stoi.

12. Adaptery nosidełka do wózka (70zł)

Unikaliśmy marketów jak był taki baaardzo mały, a później jeśli już jechaliśmy z nim do sklepu to staraliśmy się i tak brać mu gondolę żeby miał wygodnie. Ja mam tak, że nie mogę patrzeć jak ktoś robi zakupy i łazi pół dnia po sklepach, a dziecko kisi się w nosidle, w którym nawet głową nie kiwnie na bok bo ma tak ciasno.

Czego nie kupiłam i bardzo się z tego powodu cieszę. Zaoszczędziłam 1300zł, bo nie kupiłam:

  1. Sterylizator do butelek (100zł)

Ja spokojnie sobie radziłam poprzez wygotowywanie butelek lub ich sparzanie. Ze względu na karmienie mieszane, butelki nie były dużym problemem.

      2.  Elektryczna niania (400zł)

Część znajomych była zachwycona urządzeniem i polecali. Ja ostatecznie nie zdecydowałam się na zakup i w 100% nie żałuje. Z racji tego, że moje mieszkanie jest na jednym poziomie i nie ma sytuacji, że np dziecko zostaje w pokoju na piętrze, a ja siedzę w salonie na parterze urządzenie zupełnie nie było mi potrzebne, bo zawsze kręciłam się blisko dziecka. Być może gdybym miała bardzo duże odległości między łóżeczkiem dziecka a miejscem gdzie najczęściej przebywam, może być wtedy kupiła.

    3. Wielorazowe pieluchy (200zł)

W tej kwestii nie miałam żadnych wątpliwości, mogę być nieekologiczna, ważne, żeby choć trochę być wyspana:) Patrząc na co niektórą zawartość pieluch również bardzo się ciesze, że mogę taką pieluchę po prostu zawinąć i wyrzucić do kosza.

   4. Miś Szumiś (150zł)

Już mieliśmy go kupić na samym początku po powrocie ze szpitala, w obłędzie „byle mały tylko nie płakał”

Jak usłyszałam w sklepie ten dźwięk to uznałam, że ja nie wytrzymam. Strasznie mnie drażnił. Okazało się, że sytuacje opanowało puszczenie z telefonu szumu fal albo śpiew ptaków. Korzystaliśmy z tego jakiś miesiąc, dwa, później już nie było potrzeby.

    5. Poduszka do karmienia (50zł)

Okazało się, że dla mnie najwygodniejsza pozycja do karmienia to pozycja na leżąco (na łóżku) i tak zostało.

    6. Baza na ISOFIX do nosidełka (300zł)

Na pewno bardzo wygodna sprawa, ale korzystaliśmy z samych pasów, a jako że mamy garaż nie było problemu że moknę albo marznę zapinając pasy.

     7. Waga dziecięca (100zł)

Uznałam to za zbędny wydatek. Mam blisko przychodnię i wiem, że mogę w każdej chwili iść i poprosić o zważenie dziecka. Teraz jak jest większy może już stanąć sam na normalnej wadze.

A wy zrobiłyście rachunek sumienia:P ? Co u Was co okazało się zbędnym zakupem?